Mam sąsiada. Taki typ: mało mówi, dużo robi. Uśmiech przez płot, kiwnięcie głową, czasem wymiana cebulek. Bez spiny. Bez ocen. Po prostu – obecność.
I myślę sobie, że w dzisiejszych czasach to luksus.
Bo nie potrzebuję sąsiada-influencera, nie potrzebuję dramy z działką. Potrzebuję kogoś, kto podleje, jak mnie nie ma. Kto powie: „ładnie ci hortensja wyszła”, a potem wróci do swoich grządek.
W ogrodzie – jak w życiu – nie chodzi o to, żeby każdy był spektakularny.
Czasem najwięcej znaczy ten, kto po prostu jest obok.
I może warto o tym pamiętać. Zanim zaczniemy kogoś oceniać przez pryzmat jego rabaty. Albo milczenia.

